@monyeube1: 😊🖤

💎Mom MinhHiếu💎❤️
💎Mom MinhHiếu💎❤️
Open In TikTok:
Region: VN
Friday 31 January 2025 01:05:22 GMT
183
15
0
1

Music

Download

Comments

There are no more comments for this video.
To see more videos from user @monyeube1, please go to the Tikwm homepage.

Other Videos

Wiem, że są osoby, które patrzą na mnie i nie potrafią zrozumieć, jak w sytuacji, w której się znalazłam, można się uśmiechać, żartować, mieć dobry dzień, wyjść do ludzi czy choćby przez chwilę wyglądać tak, jakby wszystko było w porządku. Tylko że… smutek nie zawsze widać na zewnątrz. Nie zawsze człowiek, który cierpi, musi płakać. Nie zawsze musi mieć smutną minę. Nie zawsze musi mówić o tym, jak bardzo jest mu źle. Czasami można się śmiać, rozmawiać, żartować, a chwilę później zostać samemu i poczuć ten ciężar, którego nikt poza nami nie widzi. Smutek z czasem się zmienia. Ten pierwszy, rozpaczliwy ból, który odbierał mi oddech i sprawiał, że każdego dnia płakałam w poduszkę, z czasem przestał być widoczny dla innych. Ale to nie znaczy, że zniknął. On po prostu nauczył się być cicho. Potrafi palić od środka, nawet wtedy, kiedy na zewnątrz się uśmiecham. Od 17 stycznia minęły 233 dni. Przez pierwsze pół roku płakałam praktycznie każdego dnia. Nie chciałam słuchać, że muszę być silna. Nie chciałam być silna. Chciałam po prostu, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Chciałam obudzić się i zobaczyć, że to był tylko koszmar. Ale w pewnym momencie powiedziałam sobie: DOŚĆ. Wiecie dlaczego? Bo zrozumiałam, że Łukasz potrzebuje mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek. Kto ma być jego siłą, jeśli nie ja? Kto ma wierzyć za niego w te dni, kiedy jemu samemu może brakować sił? Kto ma stać obok, trzymać go za rękę, mówić mu, że jeszcze będzie dobrze, jeśli ja się poddam? Dlatego zaczęłam żyć trochę inaczej. Nie dlatego, że zapomniałam. Nie dlatego, że przestało boleć. Nie dlatego, że pogodziłam się z tym, co się stało. Po prostu nauczyłam się, że mogę cierpieć i jednocześnie się uśmiechać. Mogę mieć gorszy dzień, a następnego dnia założyć uśmiech i iść dalej. Mogę śmiać się z głupot, żartować z kimś, cieszyć się chwilą… a wieczorem wrócić do domu i znów poczuć ten sam ciężar w sercu. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie oceniajcie więc czyjegoś bólu po tym, jak wygląda na zdjęciu czy filmie. Nie wiecie, ile łez zostało wypłakanych poza kamerą. Nie wiecie, ile razy ktoś musiał pozbierać się z podłogi, żeby następnego dnia znowu wstać. Ja po prostu nie chcę, żeby całe moje życie od 17 stycznia było tylko płaczem. Bo Łukasz walczy. A skoro on walczy, ja też będę. I będę się uśmiechać. Będę żartować. Będę żyć. Będę cieszyć się każdą małą chwilą, która daje mi odrobinę oddechu. Ale nigdy, ani przez sekundę, nie oznacza to, że zapomniałam. Bo niektóre rany po prostu przestają być widoczne. Ale nadal są. I czasami nadal bardzo bolą.
Wiem, że są osoby, które patrzą na mnie i nie potrafią zrozumieć, jak w sytuacji, w której się znalazłam, można się uśmiechać, żartować, mieć dobry dzień, wyjść do ludzi czy choćby przez chwilę wyglądać tak, jakby wszystko było w porządku. Tylko że… smutek nie zawsze widać na zewnątrz. Nie zawsze człowiek, który cierpi, musi płakać. Nie zawsze musi mieć smutną minę. Nie zawsze musi mówić o tym, jak bardzo jest mu źle. Czasami można się śmiać, rozmawiać, żartować, a chwilę później zostać samemu i poczuć ten ciężar, którego nikt poza nami nie widzi. Smutek z czasem się zmienia. Ten pierwszy, rozpaczliwy ból, który odbierał mi oddech i sprawiał, że każdego dnia płakałam w poduszkę, z czasem przestał być widoczny dla innych. Ale to nie znaczy, że zniknął. On po prostu nauczył się być cicho. Potrafi palić od środka, nawet wtedy, kiedy na zewnątrz się uśmiecham. Od 17 stycznia minęły 233 dni. Przez pierwsze pół roku płakałam praktycznie każdego dnia. Nie chciałam słuchać, że muszę być silna. Nie chciałam być silna. Chciałam po prostu, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Chciałam obudzić się i zobaczyć, że to był tylko koszmar. Ale w pewnym momencie powiedziałam sobie: DOŚĆ. Wiecie dlaczego? Bo zrozumiałam, że Łukasz potrzebuje mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek. Kto ma być jego siłą, jeśli nie ja? Kto ma wierzyć za niego w te dni, kiedy jemu samemu może brakować sił? Kto ma stać obok, trzymać go za rękę, mówić mu, że jeszcze będzie dobrze, jeśli ja się poddam? Dlatego zaczęłam żyć trochę inaczej. Nie dlatego, że zapomniałam. Nie dlatego, że przestało boleć. Nie dlatego, że pogodziłam się z tym, co się stało. Po prostu nauczyłam się, że mogę cierpieć i jednocześnie się uśmiechać. Mogę mieć gorszy dzień, a następnego dnia założyć uśmiech i iść dalej. Mogę śmiać się z głupot, żartować z kimś, cieszyć się chwilą… a wieczorem wrócić do domu i znów poczuć ten sam ciężar w sercu. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie oceniajcie więc czyjegoś bólu po tym, jak wygląda na zdjęciu czy filmie. Nie wiecie, ile łez zostało wypłakanych poza kamerą. Nie wiecie, ile razy ktoś musiał pozbierać się z podłogi, żeby następnego dnia znowu wstać. Ja po prostu nie chcę, żeby całe moje życie od 17 stycznia było tylko płaczem. Bo Łukasz walczy. A skoro on walczy, ja też będę. I będę się uśmiechać. Będę żartować. Będę żyć. Będę cieszyć się każdą małą chwilą, która daje mi odrobinę oddechu. Ale nigdy, ani przez sekundę, nie oznacza to, że zapomniałam. Bo niektóre rany po prostu przestają być widoczne. Ale nadal są. I czasami nadal bardzo bolą.

About