@rondapgenk_a1:

𝘙𝘰𝘯𝘥𝘢𝘱┊𝘎𝘦𝘯𝑘ᬊᬁ
𝘙𝘰𝘯𝘥𝘢𝘱┊𝘎𝘦𝘯𝑘ᬊᬁ
Open In TikTok:
Region: ID
Thursday 13 August 2026 00:49:25 GMT
6007
425
1
62

Music

Download

Comments

febrian.tangg
FEBRI RIAN :
Leres,
2026-09-12 09:17:07
0
To see more videos from user @rondapgenk_a1, please go to the Tikwm homepage.

Other Videos

Dziwnie jest mi mówić o tej książce właśnie teraz, gdy skrajnie prawicowa AfD zyskuje w Niemczech coraz większe poparcie. Ale może właśnie dlatego warto o niej mówić. Sam wzrost znaczenia prawicy w Europie aż tak mnie nie dziwi. Psychologia społeczna od dawna pokazuje, że poczucie zagrożenia — wojną, kryzysem, utratą bezpieczeństwa czy własnej pozycji — może przesuwać ludzi w stronę poglądów bardziej konserwatywnych i autorytarnych. Nie jest to oczywiście żelazna reguła i nie każdy liberał pod wpływem strachu nagle staje się konserwatystą. Istnieje jednak dobrze opisane zjawisko określane jako conservative shift: w warunkach zagrożenia większą atrakcyjność mogą zyskiwać idee obiecujące porządek, bezpieczeństwo, silną władzę i ochronę własnej grupy. I nie wyssałem tego z palca — pamiętam, że sporo rozmawialiśmy o tym na zajęciach z psychologii społecznej. Mimo to niezmiennie przeraża mnie i fascynuje łatwość, z jaką polityka potrafi wykorzystać „tych obcych”, „tych imigrantów”, „tych innych”, żeby mobilizować własną grupę. Wskazać zagrożenie. Nazwać winnego. Zbudować poczucie wspólnoty przeciwko komuś. A później przyciągnąć do urn ludzi uwiedzionych wizją narodu, który trzeba przed kimś obronić. Bo podział na „my” i „oni” jest jednym z najbardziej podstawowych mechanizmów psychologii społecznej. Pokazały to już słynne eksperymenty Henriego Tajfela z tzw. grupami minimalnymi: nawet kiedy ludzi dzielono na grupy według zupełnie błahych, arbitralnych kryteriów, potrafili zacząć faworyzować „swoich”. Nie potrzeba więc wielowiekowej nienawiści ani realnego konfliktu, żeby uruchomić myślenie kategoriami grupowymi. Wystarczy stworzyć granicę między „nami” a „nimi”. A kiedy do tej granicy dołoży się strach, poczucie krzywdy i odpowiednio wskazanego wroga, robi się naprawdę niebezpiecznie. Może dlatego świadomość tych mechanizmów jest tak ważna. Nie czyni nas odpornymi na manipulację, ale pozwala przynajmniej czasem zauważyć moment, w którym ktoś próbuje ją zastosować. I właśnie o tym wszystkim — choć nie zawsze wprost — pisze Daniel Kehlmann w „Iluzjonie”. Kehlmann trochę staje w obronie Pabsta, a trochę bezlitośnie obnaża jego słabości. Pokazuje człowieka uwikłanego w system, który krok po kroku przesuwa granice tego, na co można się zgodzić. Pokazuje również brutalność III Rzeszy, pogardę wobec Żydów i sposób traktowania ludzi, których reżim uznał za gorszych lub po prostu użytecznych. Scena ze statystami jest pod tym względem porażająca. Najbardziej interesujące jest dla mnie jednak pytanie o bierność. O to, ile zła trzeba samemu uczynić, żeby stać się jego częścią — i czy w ogóle trzeba zrobić cokolwiek. Może czasem wystarczy odwracać wzrok. Godzić się na kolejne kompromisy. Tłumaczyć sobie, że przecież nie mamy wyboru. Że to nie nasza sprawa. Że jakoś trzeba żyć. „Iluzjon” nie pozostawia w tej kwestii szczególnie wiele miejsca na wygodne interpretacje. Zło nie pojawia się nagle w swojej ostatecznej, najbardziej przerażającej postaci. Rozrasta się stopniowo — karmione strachem, podziałem na „swoich” i „obcych”, konformizmem, oportunizmem i biernością tych, którzy są przekonani, że ich to nie dotyczy. A kiedy orientujemy się, jak daleko zaszło, może być już za późno. Polecam Wam tę powieść.
Dziwnie jest mi mówić o tej książce właśnie teraz, gdy skrajnie prawicowa AfD zyskuje w Niemczech coraz większe poparcie. Ale może właśnie dlatego warto o niej mówić. Sam wzrost znaczenia prawicy w Europie aż tak mnie nie dziwi. Psychologia społeczna od dawna pokazuje, że poczucie zagrożenia — wojną, kryzysem, utratą bezpieczeństwa czy własnej pozycji — może przesuwać ludzi w stronę poglądów bardziej konserwatywnych i autorytarnych. Nie jest to oczywiście żelazna reguła i nie każdy liberał pod wpływem strachu nagle staje się konserwatystą. Istnieje jednak dobrze opisane zjawisko określane jako conservative shift: w warunkach zagrożenia większą atrakcyjność mogą zyskiwać idee obiecujące porządek, bezpieczeństwo, silną władzę i ochronę własnej grupy. I nie wyssałem tego z palca — pamiętam, że sporo rozmawialiśmy o tym na zajęciach z psychologii społecznej. Mimo to niezmiennie przeraża mnie i fascynuje łatwość, z jaką polityka potrafi wykorzystać „tych obcych”, „tych imigrantów”, „tych innych”, żeby mobilizować własną grupę. Wskazać zagrożenie. Nazwać winnego. Zbudować poczucie wspólnoty przeciwko komuś. A później przyciągnąć do urn ludzi uwiedzionych wizją narodu, który trzeba przed kimś obronić. Bo podział na „my” i „oni” jest jednym z najbardziej podstawowych mechanizmów psychologii społecznej. Pokazały to już słynne eksperymenty Henriego Tajfela z tzw. grupami minimalnymi: nawet kiedy ludzi dzielono na grupy według zupełnie błahych, arbitralnych kryteriów, potrafili zacząć faworyzować „swoich”. Nie potrzeba więc wielowiekowej nienawiści ani realnego konfliktu, żeby uruchomić myślenie kategoriami grupowymi. Wystarczy stworzyć granicę między „nami” a „nimi”. A kiedy do tej granicy dołoży się strach, poczucie krzywdy i odpowiednio wskazanego wroga, robi się naprawdę niebezpiecznie. Może dlatego świadomość tych mechanizmów jest tak ważna. Nie czyni nas odpornymi na manipulację, ale pozwala przynajmniej czasem zauważyć moment, w którym ktoś próbuje ją zastosować. I właśnie o tym wszystkim — choć nie zawsze wprost — pisze Daniel Kehlmann w „Iluzjonie”. Kehlmann trochę staje w obronie Pabsta, a trochę bezlitośnie obnaża jego słabości. Pokazuje człowieka uwikłanego w system, który krok po kroku przesuwa granice tego, na co można się zgodzić. Pokazuje również brutalność III Rzeszy, pogardę wobec Żydów i sposób traktowania ludzi, których reżim uznał za gorszych lub po prostu użytecznych. Scena ze statystami jest pod tym względem porażająca. Najbardziej interesujące jest dla mnie jednak pytanie o bierność. O to, ile zła trzeba samemu uczynić, żeby stać się jego częścią — i czy w ogóle trzeba zrobić cokolwiek. Może czasem wystarczy odwracać wzrok. Godzić się na kolejne kompromisy. Tłumaczyć sobie, że przecież nie mamy wyboru. Że to nie nasza sprawa. Że jakoś trzeba żyć. „Iluzjon” nie pozostawia w tej kwestii szczególnie wiele miejsca na wygodne interpretacje. Zło nie pojawia się nagle w swojej ostatecznej, najbardziej przerażającej postaci. Rozrasta się stopniowo — karmione strachem, podziałem na „swoich” i „obcych”, konformizmem, oportunizmem i biernością tych, którzy są przekonani, że ich to nie dotyczy. A kiedy orientujemy się, jak daleko zaszło, może być już za późno. Polecam Wam tę powieść.

About